Aktualności

Fredro z czystego strumienia. Rozmowa z Janem Englertem

Jak wyglądały do tej pory Pana potyczki z Fredrą? Grał go Pan bowiem i wystawiał wielokrotnie, by przypomnieć choćby Śluby panieńskie z 2007 roku, do dziś utrzymujące się w repertuarze Teatru Narodowego. Jest Pan jednym z niewielu specjalistów od Fredry.

Nie mam o osobie tak mocnego przekonania w tej kwestii jak Andrzej Łapicki, który całą swoją karierę zbudował w oparciu o Fredrę i w pewnym sensie się z nim identyfikował, szczególnie pod koniec życia. Ale – i od tego trzeba zacząć – ja po prostu bardzo lubię Fredrę i to wcale nie takiego, jakiego wszyscy znają. Nie wiem, czy jestem specjalistą, czy nie jestem specjalistą od Fredry, ale niezwykle odpowiada mi jego poczucie humoru, i przede wszystkim fenomenalny polski język, którym operuje on z taką swobodą. Reżyserując Fredrę, zawsze mam uczucie, że chodzę po czystej wodzie, strumieniu. A pierwsza Fredrowska rola, jaką grałem, jeszcze w kółku amatorskim, to był Gustaw ze Ślubów panieńskich. Rok 1959, czyli to było lat temu – 55. Ten tytuł powracał potem w moim życiu. Teraz od siedmiu lat jest w repertuarze Teatru Narodowego. Muszę  powiedzieć, że po wczorajszym przedstawieniu Ślubów… czuję się zbudowany. Fantastycznie ludzie oglądają ten spektakl, naprawdę fantastycznie.

A wiersz niesie aktorów…

Otóż właśnie. Okazuje się, że można i wierszem. To jest wielki problem techniczny – rozmawiać wierszem, nie deklamować Fredry, nie mówić Fredry prozą , co czyni teraz wielu młodych aktorów. Reżyserzy akceptują to, nie mając żadnych oporów. Nie słyszą muzyki tego wiersza. Natomiast rozmawiać, zachowując frazę wiersza to już jest wyższa szkoła jazdy, wymagająca ucha. Nie wszyscy to potrafią.

Jakie kryją się tutaj niebezpieczeństwa?

Po pierwsze – jeżeli nie trzyma się frazy, człowiek ma uczucie, jakby jechał na rowerze z przebitą dętką, a do tego jeszcze po kocich łbach. Po drugie – publiczność musi zrozumieć, co się do niej wierszem mówi. Muszą do niej dotrzeć sensy, a nie tylko muzyka słowa. Zwłaszcza wtedy, gdy chce się uzyskać dowcip słowny, a nie operować jedynie żartem sytuacyjnym. Bardzo mi odpowiada ten rodzaj zabawy w formę i treść, które są splecione we wszystkich Fredrowskich komediach, głównie we wczesnych komediach.

A późniejszy okres jego twórczości?

Tego właśnie dotyczą Fredraszki. W pewnym momencie – i to jest rzecz, o której niewiele osób w naszym kraju wie, nawet tych zajmujących się teatrem –  po ataku Seweryna Goszczyńskiego na Fredrę, Fredro zamilkł. Dziesięć lat prawie nie pisał. Późniejsze jego dramaty po pierwsze są prozą (nie wszystkie oczywiście), po drugie postaci nie są już tak – powiedziałbym – malowane lekką ręką, dowcipnie, z sympatią. Już są brzydsze. Oczywiście ten stan rzeczy nie był jedynie następstwem ataku krytyki, ale także starzenia się autora. Niemniej owo pęknięcie jest dość wyraźne.

We Fredraszkach pisarz będzie się rozliczał ze sobą, ze swoją twórczością?

Posługując się niemal wyłącznie tekstami Fredry, chcemy pokazać to pęknięcie, odchodzenie, żegnanie się – z literaturą i ze światem. Robimy spektakl poświęcony autorowi i jego dramatom, performans Fredrowski. Chodzi o pokazanie pewnego rodzaju życiowego doświadczenia, które zdarza się również w świecie teatru, polegającego na tym, że coś, co rozpędza się i łatwo idzie, nagle, z niewiadomych powodów załamuje się i zaczyna kuleć.

Fredrowski magnetyzm wciąż działa na widzów?

Jest potrzeba tego typu formy teatralnej, tego typu estetyki. To widać po naszych Ślubach panieńskich. Na Fredrę chodzi się chętnie. A jeszcze 20 lat temu mówiono: „Po co ten Fredro? Kogo to interesuje?”. Publiczność ma dość teatru, w którym trudno, głodno, chłodno, źle…, domaga się czegoś, co jest uporządkowane. Krytycy i teoretycy teatru nie wyczuwają zmian, które w teatrze następują permanentnie, bo przecież jedna konwencja, czyli umowa z publicznością nie trwa dłużej niż 10 lat. I to jest dla nich niezrozumiałe. Mało tego, nawet jeśli zrozumiałe… to okropne. Hübner powiedział: „Teatr musi się wtrącać”… Ale  on to powiedział w innych czasach. Na swój użytek lubię modyfikować to hasło – teatr powinien dotykać.

Rozmawiała: Monika Mokrzycka-Pokora (materiał własny Teatru)

Korzystając z serwisu internetowego Teatru Narodowego wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. Plik cookie możesz zablokować za pomocą opcji dostępnych w przeglądarce internetowej. Aby dowiedzieć się więcej, kliknij tutaj