Aktualności

Recenzenci o „Madame de Sade”

Beata Ścibakówna (Hrabina de Saint-Fond), Dominika Kluźniak (Renée – markiza de Sade). Fot. Tomasz Urbanek / East News

Po premierze Madame de Sade Yukio Mishimy w reżyserii Macieja Prusa piszą recenzenci i teatralni blogerzy: 

Na zdjęciu: Beata Ścibakówna (Hrabina de Saint-Fond), Dominika Kluźniak (Renée – markiza de Sade). Fot. Tomasz Urbanek / East News.

Najnowsza adaptacja Madame de Sade wyreżyserowana w Teatrze Narodowym przez Macieja Prusa, dzisiaj już klasyka polskiego teatru, należy w moim przekonaniu do najbardziej udanych. [...] Coś dusznego wisi w powietrzu, unosi się nad sceną, ponad wspaniale podawanymi zdyscyplinowanymi kadencjami idealnie dobranych aktorek Narodowego. Chodzi o duchotę przeczucia, że XVIII wiek wchłania XXI. Maciej Prus w oszczędnej, niemal ascetycznej adaptacji nie kokietuje tego rodzaju odkryciami wprost. Nie potrzebuje współczesnych piosenek, kostiumów, dialogów pożyczonych z innych utworów. Prus wie, że to, co najważniejsze, czyli najgroźniejsze, kryje się w słowie.
–  pisze Łukasz Maciejewski w portalu AICT- Sekcja Polska Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych. Czytaj więcej → 

Maciej Prus rozgrywa dramat w podtekstach, gdzie trzeba, niedopowiedzenie zyskuje u niego rangę aluzji, tym samym drażni skuteczniej, wybija z rytmu. Szczególnie że reżyser odarł tekst z piętrzących się argumentacji, nie ma tu słów, które na scenie zaczynają konkurować o lepsze wybrzmienie, realnie mówiąc o tym samym. Scenografia Jagny Janickiej też kieruje nas w stronę konkretu, który jednocześnie staje się kontrapunktem dla historii de Sade'a. [...] W zderzeniu psychiki kobiet i drastycznych relacji w ich ustach rodzi się prowokacja. 
Ale nic by nie zadziałało bez aktorek Narodowego. Dominika Kluźniak jako Renee rozbudza w swej postaci pokorę przede wszystkim wobec okrucieństwa losu. Jej rola przebiega konsekwentnie, choć aż trudno w niej pogodzić wszystkie przeobrażenia, którym się poddała, by poznać tajemnicę męża. U Mishimy postać ta otwiera jednak konflikt nie do pogodzenia, od pokory, przez odrzucenie wstydu, aż po wejście na drogę świętości. W skupionej roli Kluźniak nieco tego brakuje, jednak nie ma w niej też przecież cienia fałszu. Z kolei Beacie Ścibakównie udaje się ustawić Hrabinę de Saint-Fond na pierwszym planie: i nie chodzi tu o siłę scenicznej obecności podsycanej czystą erotyką, czyli atut, który ta aktorka mogła bez problemu wykorzystać. Ścibakówna w jakimś stopniu wynagradza drażniącą nieobecność Markiza de Sade'a. Do tego stopnia, że nieuchwytna prawda o nim staje się niemal kopią prawdy o niej. I tyle samo pozostawia po sobie zagadek. Podobnie jest w przypadku Mileny Suszyńskiej i jej Anny, siostry Renee, która pokazuje, jakie znaczenie ma na scenie podważanie sytuacji ironią czy szyderstwem. Mniej liczą się argumentacja i retoryka, na których budują role Ewa Wiśniewska jako Madame de Montreuil, Aleksandra Justa jako Baronowa de Simiane i Anna Gryszkówna jako Charlotta. Również świetnie przemyślane, cyzelowane gestem, ale jakoś też spierające się z tą metafizyką Mishimy.” 
– o spektaklu pisze Przemysław Skrzydelski wSieci.  Czytaj więcej →

Prus chcąc uniknąć banalności sytuacji wręcz z matematyczną wnikliwością wprowadza bohaterki na scenę, w ten sposób poprzez czystość i estetyczność pozwala wybrzmieć każdemu najbardziej intymnemu słowu, ucieka od krzykliwej emocjonalności na rzecz sugestywnego wniknięcia w dusze protagonistek. Nie ukrywana przez reżysera teatralność tego spektaklu, pozbawionego jakby faktury i pęknięć, paradoksalnie nie zabija dramatu kobiet poszukujących swoich racji dla istnienia i jego doznawania, dramatu, w który chce się wierzyć. Szczególnie wtedy, kiedy w pojedynku na argumenty na teatralnym ringu stają Ewa Wiśniewska, Beata Ścibakówna i Dominika Kluźniak – ich sceny, nawet wtedy kiedy grane oszczędnie i z wyczuwalnym chłodem, posiadają napięcia zbudowane treścią słów. Słów dotykających natury dobra i zła, moralnych granic, obłudy, wyzwolenia z religii, obyczajowego konwenansu i oportunizmu.” 
– o spektaklu pisze Wiesław Kowalski w portalu Teatr dla Was. Czytaj więcej → 

Maciej Prus zamyka bohaterki Madame de Sade w gorsecie formy, wiedząc, że to jedyna droga, by strzepnąć kurz czasu ze sztuki Yukio Mishimy. [...] Jedyna zatem droga to kondensacja słów i emocji. Pozostawienie bohaterek na niemal pustej scenie, za to uwięzienie ich w klasycznym, bogatym kostiumie. Wytrzymane gesty, wystudiowane pozy. Sztuczność, która niepostrzeżenie staje się naturalnością.
Takie jest właśnie przedstawienie grane na najmniejszej scenie Narodowego – Scenie Studio. Jagna Janicka zamknęła ją jedną ścianą przyozdobioną ascetycznym ornamentem. W przestrzeni gry ustawiła ledwie trzy krzesła. No i ubrała aktorki we wspaniałe suknie, wraz z reżyserem każąc im traktować je jako ciasny gorset, więzienie dla ciała i emocji. Dlatego siła tej Madame de Sade opiera się na wyrazistości tonu i gestu. Wybrzmiewa każde słowo, czasem brzmiące jak skarga, innym razem niczym oskarżenie. Mocną, bo tak ascetyczną kreację tworzy Dominika Kluźniak jako Renée, markiza de Sade. Nie ma w sobie niczego z masochistki, raczej poczucie życiowej powinności, potem przeradzającej się w bunt. Rola świetnej aktorki niesie temat spektaklu – jak wiele człowiek jest zdolny znieść i w jakim celu? Ewa Wiśniewska powraca do markizy de Montreuil, pięknie ukazując jej walkę o miłość córki oraz strach przed samotnością na starość. Znakomity jest epizod Beaty Ścibakówny (hrabina de Saint-Fond) – decydującą się na obyczajowe prowokacje, które skrywają kompleksy i odrzucenie. Wszystkie aktorki trzymają żelazną formę widowiska i właśnie to dyktuje jego klasę.”
– ocenia Jacek Wakar w „Gazecie Prawnej”,  w dodatku „Kultura”. Czytaj więcej →

Korzystając z serwisu internetowego Teatru Narodowego wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. Plik cookie możesz zablokować za pomocą opcji dostępnych w przeglądarce internetowej. Aby dowiedzieć się więcej, kliknij tutaj