Aktualności

Wzniosłość i śmieszność. Rozmowa z Pawłem Miśkiewiczem

„Pokazujemy grupę ludzi splecionych jakimś upiornym układem erotyczno-emocjonalno-handlowym. Jak na giełdzie – bierzemy udział w ruletce, obstawiamy nasze losy, licytując 10. 75, 100 tysięcy… próbując w ten sposób zabukować sobie jakąś gwarancję szczęścia – mówi Paweł Miśkiewicz. – A Myszkin pojawia się tutaj jako lustro. On zadaje podstawowe pytania: co robisz?, dlaczego?, po co? – no i, z perspektywy logiki codzienności, która nas więzi – są to pytania kretyna”.

Próby do IDIOTY. Na pierwszym planie: Paweł Tomaszewski (Myszkin), Wiktoria Gorodeckaja (Nastazja Filipowna), w lustrach Paweł Miśkiewicz (reżyser). Fot. Krzysztof Bieliński





























Na zdjęciu – próby do Idioty; na pierwszym planie: Paweł Tomaszewski (Myszkin), Wiktoria Gorodeckaja (Nastazja Filipowna), w lustrach Paweł Miśkiewicz.
Fot. Krzysztof Bieliński



Grał Pan dwukrotnie Aloszę w „Braciach Karamazow” Lupy (przedstawienia z 1990 i 1999 roku), teraz wraca Pan do Dostojewskiego jako reżyser. Dlaczego?

Właściwie trzykrotnie, bo jeszcze rok wcześniej był dyplom w krakowskiej PWST. Tak, to było jedno z najsilniejszych moich doświadczeń teatralnych, doświadczenie inicjujące i praktycznie prawie cała moja kariera aktorska to granie tej jednej roli. Właściwie żadnego z innych moich doświadczeń aktorskich z intensywnością tamtego porównać nie mogę. To, uwzględniając drugą wersję przedstawienia z 1999 roku, łącznie ponad 10 lat bycia Aloszą. I to w bardzo ważnym dla młodego człowieka okresie życia, kiedy formują się poglądy, jakiś rodzaj wrażliwości na świat, na sztukę. Szczerze powiedziawszy, nie myślałem nigdy, by wracać jako reżyser do Dostojewskiego, także przez pamięć o sile tamtego spektaklu i tego, jak on w nas „Karamazowach” – teraz w obsadzie Idioty jest też mój brat Iwan z tamtego spektaklu [Jan Frycz – red.] – ciągle jeszcze gdzieś tam żył, czy nawet żyje do tej pory.

Co się więc zmieniło?

Przychodzi taki moment, że człowiek zaczyna oglądać się wstecz, podsumowywać… Kiedy przyjechałem do Warszawy objąć dyrekcję Dramatycznego [Paweł Miśkiewicz objął dyrekcję Teatru Dramatycznego w 2008 roku i prowadził tę scenę do 2012 – red.], trochę czułem się tutaj jak Myszkin w Petersburgu… jak taki naiwny „idiota” – z powieści najbardziej chyba podoba mi się sam tytuł (śmiech). To było takie cielęce pójście pod nóż, próba „zaszczepienia” w tym miejscu i w tym środowisku trochę innego, bardziej kuratorskiego myślenia o teatrze. Bez stosowania żadnej strategii, wbrew ograniczeniom finansowym, wbrew dotychczasowym przyzwyczajeniom, próba zrealizowania jakiegoś marzycielskiego projektu. Sądziliśmy, że jak będziemy szczerzy i bezkompromisowi wobec samych siebie, to zostanie to w jakiś sposób zauważone i docenione. I ostatecznie tak się stało, ale trochę późno, kiedy już wyjeżdżałem z Warszawy. Pomyślałem sobie – właśnie wykonałeś taką pracę idioty. I tak Dostojewski, poprzez tytuł, do mnie powrócił.

Pracował Pan nad tekstem wspólnie z Joanną Bednarczyk. Które wątki powieści były dla Was najważniejsze?

Zależało mi na tym, by zrobić adaptację, która podążałaby za myślą Dostojewskiego. On sam z jednej strony dbał o to, by powieść miała konstrukcję, bohatera i jakiś rodzaj napięcia fabularnego, a z drugiej strony, tekst jest naszpikowany – tak jak wszystkie powieści Dostojewskiego – rozmaitymi zmaganiami intelektualnymi, religijnymi; rozważaniami, które nie mają charakteru dynamicznych zdarzeń, a wielokrotnie są, w moim przekonaniu, bardziej istotne niż to, kto kogo kocha i czy Nastazja jest teraz z Myszkinem czy z Rogożynem. Fabularny wabik oczywiście utrzymywał uwagę czytelników (powieść była pisana w odcinkach), jednak myślę, że dla Dostojewskiego nie do końca była to warstwa pierwszorzędna. Próbowaliśmy więc wysupłać z powieści całą jej zawartość myślową i kontekst, w którym nasi bohaterowie funkcjonują. Trochę też chcemy grać z oczekiwaniami widza. Oczywiście opowiadamy historię Nastazji, Myszkina i Rogożyna, tego przeklętego miłosnego trójkąta, a jednak to wszystko, co „dzieje się” w planie fabuły, dotyczy też badania najbardziej intymnych zakamarków duszy bohaterów, a przez to też duszy każdego z nas.

Jest gęsto od emocji, a do tego mamy jeszcze petit jeux, grę, podczas której trzeba opowiedzieć o najbardziej podłym swoim uczynku…

Ta gra – polegająca na tym, by przestać przed sobą udawać, być ze sobą i wobec siebie bezwzględnie szczerym – zaproponowana na urodzinach Nastazji jako rozrywka towarzyska, w jakimś sensie organizuje całość spektaklu. Ma to być trochę taki teatr, nie-teatr. Nie będziemy udawać, budować przed Państwem jakiejś domkniętej rzeczywistości, tylko spróbujemy się jej wspólnie przyjrzeć –   zdemontować ją wobec Was, widzów i razem z Wami, na Waszych oczach na powrót ją złożyć. Próbujemy nie grać postaci, ale składać je z kawałków, przyglądać się im w różnych odpryskach, pęknięciach. Mnożymy motywacje poszczególnych bohaterów, przymierzamy, sprawdzamy, nakręcamy jakąś psychoanalityczną baśń, w której w nie do końca prawdziwej, jakby rozrzedzonej rzeczywistości badamy różne modele zachowań i wzajemne sekretne odniesienia. Jesteśmy jednocześnie podmiotem i przedmiotem tego badania.

A pieniądze? W powieści są odmieniane przez wiele przypadków – choć raz to jest 5 czy 15 rubli, a innym razem 75, 100 tysięcy i półtora miliona

Pokazujemy grupę ludzi splecionych jakimś upiornym układem erotyczno-emocjonalno-handlowym. Jak na giełdzie – bierzemy udział w ruletce, obstawiamy nasze losy, licytując 10, 75, 100 tysięcy… próbując w ten sposób zabukować sobie jakąś gwarancję szczęścia. Pieniądze rozumiemy metaforycznie – jako pewnego rodzaju zabezpieczenie, próbę uzyskania widomego znaku posiadania, zawłaszczenia, zapanowania nad własnym lękiem, niespełnieniem, albo nad partnerem lub tym, kto tym partnerem właśnie być nie chce.

U Dostojewskiego wielokrotnie powraca motyw skazańca, mamy perspektywę ostateczną, Apokalipsę…

Apokalipsa zapewne nie została napisana po to, żeby człowieka przerazić tą mroczną wizją przyszłości, ale po to, aby nim wstrząsnąć, zmotywować do działania, wybudzić z tego letargu samozadowolenia, ciągłego odkładania na później trudu naprawy siebie i otaczającego nas świata. Mnożymy więc sygnały ostrzegawcze, upływający czas jest stale odmierzany, a na scenie próbujemy uruchomić swego rodzaju bal wampirów w ostatnich, być może przedśmiertnych podrygach.

Jaka jest rola Myszkina?

Myszkin podsuwa naszym bohaterom takie egzystencjalne lustro. To on zadaje te podstawowe pytania: a co ty robisz?, dlaczego?, po co? – no, tak, to są pytania kretyna. Pytania uwłaczające logice codzienności, w której jesteśmy uwięzieni, kompletnie nierespektujące tak zwanego „doświadczenia życiowego”. Bo zawsze umiemy znaleźć tysiące powodów i alibi dla naszych, nie zawsze godnych postępków. Jednocześnie takie pytania, pytania prawie ewangeliczne, warto by sobie parę razy w życiu postawić: czy potrafiłbym naprawdę „nadstawić drugi policzek”, przedłożyć nad własne, dobro bliźniego? Ewangelia jest może właśnie po to, byśmy nie stawali się całkiem źli, i choć rzadko kiedy umiemy się nią w życiu kierować, fajnie byłoby mieć gdzieś na dnie przekonanie, że dobro potencjalnie jest w nas, nawet gdzieś na dnie.

Jak pokazać dobro na scenie?

Nie da się pokazać dobra, można pokazać tylko pragnienie dobra, posiadania w sobie takiego koloru, tonu, ciężko to nazwać… bo to jest w gruncie rzeczy, nieziszczalna do końca idea, która dlatego właśnie jest tak ważna i piękna, że polega na permanentnej pracy zbliżania się do niej. Bardziej więc mówimy o potrzebie dobra. Mamy w Idiocie grupę ludzi zapętlonych w mniej lub bardziej niegodziwych machinacjach, ludzi dawno już pogubionych etycznie, ale coś tam w środku trzeszczy, coś tam się napina, inna treść próbuje się spod skorupy wydobyć. Bo z dobrem jest podobno jak z wiarą: otwórz się, uwierz, a będziesz miał wiarę. Uwierz w to, że jesteś dobry. I podobno wtedy – nie do końca wiem czy na pewno, gdyż nie doświadczam tego niestety zbyt często – można być dobrym. Trzeba też powiedzieć, że dobro, które nie zwyciężyło w konfrontacji z realną rzeczywistością, jest niewiele warte – to także przyczyna, częściowej przynajmniej porażki naszego Idioty.

Próby do IDIOTY: Paweł Tomaszewski (Myszkin), Jan Frycz (Tocki), Wiktoria Gorodeckaja (Nastazja Filipowna), Mariusz Benoit (Lebiediew). Fot. Krzysztof BielińskiA czy będzie też „wesoło w swoim rodzaju”, cytując jedną z postaci – Tockiego?

Wielokrotnie bohaterom towarzyszy wisielczy humor. Poczucie ironii, poczucie humoru jest tak indywidualne, że wolałbym nie zakładać reakcji widowni. Natomiast na pewno nie chcemy przedstawienia usztywniać i betonować w jakimś jednym, poważnym tonie. Próbujemy pokazać życie, a życie ma swoje trywialności, wielokrotnie więc kontrapunktujemy, zderzamy powagę z idiotyzmem, śmiesznością. Dostojewski świetnie to uchwycił, jakoś to się tak dziwnie miesza… wzniosłość i śmieszność.


Na zdjęciu  próby do Idioty; Paweł Tomaszewski (Myszkin), Jan Frycz (Tocki), Wiktoria Gorodeckaja (Nastazja Filipowna), Mariusz Benoit (Lebiediew). Fot. Krzysztof Bieliński

Rozmawiała: Monika Mokrzycka-Pokora (materiał własny Teatru)



Strona spektaklu Idiota

 

Korzystając z serwisu internetowego Teatru Narodowego wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. Plik cookie możesz zablokować za pomocą opcji dostępnych w przeglądarce internetowej. Aby dowiedzieć się więcej, kliknij tutaj